Rozpracowywałam dziś aspekty spawalnictwa w stali kwasoodpornej i rozbierałam na czynniki pierwsze mechanizmy działania kompaktowego źródła prądu z wbudowaną chłodnicą i nagle przy frazie: “podawanie zimnego drutu” doszłam do wniosku, że chciałabym być zwiewna. I romantyczna. Jak siedemnaście mgnień wiosny, jak skrzydło motyla… Podzieliłam się tą ulotną myślą z tak zwanym najbliższym otoczeniem i – oczywiście – nie otrzymałam wsparcia, nie usłyszałam aplauzu… Echhh… Dowiedziałam się za to, że /cytuję/: “ bycie romantyczną pindzią przystoi przecież tylko do 15 roku życia, a po 40tce jest żenujące jak chuj”. Tyle, że ja nie jestem po 40, więc właśnie sobie pobędę. Nie wiem, jak to zrobię, ale na początek zacznę pisać wiersze. Egzystencjalne. Dające do myślenia. Prowokujące do refleksji. Nie żadne tam “żar z rozgrzanego jej brzucha bucha”…
Po poezji przyjdzie czas na krótkie formy literackie, może jakaś powieść w odcinkach, nie wiem jeszcze… Jeśli seks, to tylko zawoalowany, zero dosłowności.
Będę miła dla wszystkich, dla wszystkich normalnie, i z pomocą Jędzy wytępię wszelkie złośliwe komentarze. Żadnych słownych napierdalanek w komentarzach, żadnego kopania się wzajemnie – ma być miło. I spokojnie. Blog będzie dawał wchodzącym poczucie bezpieczeństwa i siłę spokoju.
Jeszcze tylko słownictwo. Zapanować nad wulgaryzmami. Za każdą “kurwę” i “o ja pierdolę” wymierzę sobie karę.
Jak dalej wdrożyć ten plan zmiany osobowości – pomyślę jutro. Albo pojutrze. Póki co wracam do zimnych drutów… I nucę sobie pod nosem: “bo ja mam w sobie coś takiego, co nie daje spać kolegom” /lalala/ Ale mi fajnie, co?
Jeszcze daję romantyczny obrazek, bo serduszek i tych…dollsów już nie mam czasu szukać. Tub nie umiem wstawiać, więc nic do posłuchania nie będzie.
I tak. Tutaj z tego miejsca oświadczam, że w ten właśnie sposób opiekuję się Pokerem. Dlatego wraca do zdrowia /faja/ i niebawem będzie pełen sił wszelakich. Za co wszyscy powinni mi być wdzięczni.
Charmee
PS. Żeby ukrócić pytania, jak w komentarzu numer 4, uściśliłam fotką numer 1. Teraz już chyba nie będzie wątpliwości. Amen.
Koleżanka ma całkiem niedawno, przez jakiś czas nie pracowała. Znacie ten typ, przez jakiś tydzień odsypia, potem pierze, sprząta, myje okna, gotuje gołąbki i pierogi, a po miesiącu zaczyna ją nosić. No to postanowiła nie dać się zamulić i codziennie do południa chodzić na siłownię. Mamy w naszej wsi taką siłownię, co to przeznaczona jest tylko dla kobiet i wyposażona w różne cudeńka i udogodnienia, mające sprawić, że niemal zaraz po wyjściu jesteśmy o dychę młodsze i dwie klasy ładniejsze. Chodzimy tam zwykle wieczorami i wraz z innymi ciężko pracującymi paniami, oddajemy diabłu ogarek w zamian za ułudę dbania o siebie.
No to koleżanka postanowiła codziennie rano, że niby jak już pójdzie do tej nowej pracy, to ona im wszystkim pokaże.
I tam, w tej wypasionej siłowni, w godzinach dopołudniowych poznała nową rasę. Bo to jest całkiem inny gatunek – tzw. kobieta przy mężu.
Ale nie taka zwykła, o co to to nie. Taka zwykła, to w godzinach dopołudniowych leci na targ po świeże warzywa i nastawia pomidorową, a w wolnych chwilach ogląda M jak miłość oraz Plebanię.
Te kobiety przy mężu, to osoby niezwykle wykwintne, można by rzec – luksusowe. Owszem, zajmują się domem i dziećmi, poprzez nadzorowanie pracy opiekunek i gospoś. I prawie nie mają czasu wolnego, tak dużo pracy kosztuje je dbanie o figurę modelki i twarz dwudziestolatki, nienaganną fryzurę, dłonie i stopy. I ten ciągły strach, że Pan Mąż znajdzie sobie młodszą, ładniejszą, zgrabniejszą i kobieta przy mężu straci swe prestiżowe stanowisko i stanie się Kobietą Porzuconą (co zapewne wcześniej czy później i tak nastąpi). Ich innogatunkowość polega głównie na byciu księżniczką, z jednym małym gifem, a mianowicie księżniczką przy mężu.
Tak sobie z tą moją koleżanką rozprawiamy i głęboko się zastanawiamy, co też sprawiło, że nam nie przypadła w życiu rola księżniczek. Przecież tak pięknie potrafiłybyśmy leżeć na szezlągu i pachnieć (przez jakiś miesiąc). Dlaczego potrafimy wbić gwoździa, a nawet wkręcić wkręta, pomalować sufit, ugotować gołąbki i jedną ręką wbijając, drugą wychowując dzieci, trzecią robiąc zakupy, czwartą robiąc karierę zawodową, znajdujemy piątą, która poczochra męża, którego na pewno, ale to na pewno nie stać na utrzymywanie prawowitego domu, a co dopiero luksusowej kochanki. Czy to była kwestia wyboru, czy życiowa konieczność. I jakby na to nie spojrzeć, wychodzi nam, że to po prostu inna rasa. I nie ma tu co żałować, ani z czego się cieszyć.
A w kwestii żałowania, to przypomniała mi się babcia mojej znajomej z pracy. Ta sędziwa Dama, niemal stuletnia, doszła do wniosku, że w jej wieku może już sobie pozwolić na wszystko i obojętnie czego nie powie, to już nie ma takiej opcji, żeby coś jej zepsuło reputację. Zachowując wyjątkowe poczucie humoru oraz bystrość umysłu, lubiła wspominać swe liczne przygody miłosne z burzliwej młodości, czyli gdzieś tak do około 60 roku życia.
Jednak jak twierdziła, jednego tylko żałuje, a mianowicie, że wtedy nie wiedziała, że TAKIE rzeczy można w łóżku robić!
Gdyby wiedziała, to by na pewno robiła, a tak, to pozostał jej żal, że nie wiedziała.
Jak mówi staropolskie przysłowie – lepiej zrobić i żałować, niż żałować, że się nie zrobiło.
Bo to jest tak… Wracasz skąś i widzisz, że wszystko jest inaczej, nie do końca tak, jakbyś chciał, żeby było. Próbujesz się ułożyć z sytuacją – nie daje się… W końcu – pozornie – udaje się dojść do ładu, a tu nagle bach, obuchem w łeb, dzieje się coś, czego nigdy byś się nie spodziewał… Robisz dobrą minę do złej gry i próbujesz udawać, że wszystko jest ok… I tak wpadasz sobie powoli w ten dołek, który nagle staje się dołem, siedzisz sobie w nim, nawet przyzwyczajasz się do stanu wycofania, wygaszenia… I zjawia się ktoś, kto bez ściemy wyczuje nastrój, nawet, jeśli mu napiszesz, że wszystko w porządku…
Tą drogą chciałam podziękować nieocenionemu Sidowi za cierpliwość w wysłuchiwaniu moich rozterek. I za wyciągnięcie z tego dołka. I za /chyba/ zakopanie go… I nawet wybaczam mu, że jest opalony bardziej niż ja i że nie jest Włochem…
Miało już tutaj nie być żadnej notki. No, chyba, że jakaś “doraźna”… Jednak pewne wydarzenia okołoweekendowe, a konkretnie zgubienie /na własne życzenie/ klucza od pewnego miejsca sprawiły, że jednak będę tu pisać… Nie w takim zakresie, w jakim zamierzałam – ponieważ klucz SIĘ znalazł – ale mam sentyment do bloga Toteramy2… I to wielki sentyment. Powstanie tego bloga wiąże się bowiem z historią jednej znajomości. A znajomość ta okazała się być najważniejszą ze wszystkich, zawartych tutaj, w świecie wirtualnym… Nie tylko wirtualnym zresztą… Uderzyła mi do głowy, zakręciła zmysłami… A te zmysły wcale się nie uspokajały po wyłączeniu komputera, tylko szalały nadal. Nawet jeszcze bardziej… Nigdy nie sądziłam, że przeżyję w tym miejscu coś takiego. I mało tego – podoba mi się to, jak mało co na tym łez padole… Niech trwa, mimo licznych burz i innych wyładowań atmosferycznych, częstych w tej strefie klimatycznej /faja/… Mimo mącenia, wtrącania się, nawracania, zawracania i innych manipulacji czynionych przez osoby życzliwe i mniej życzliwe… Ja pójdę tą ścieżką za Tobą, dokądkolwiek mnie ona nie zaprowadzi… Ale o tym to przecież wiesz.
A fotka jak najbardziej wakacyjna. Po prostu. I mała, żeby się za bardzo nie przyglądali. A nie dlatego, że nie potrafię jej powiększyć :]
Śledziłam dziś przez jakiś czas słowną napierdzielankę na kiedyś-już-tu-opisywanym-blogu. Walka toczyła się między dwiema paniami i dotyczyła niby to obrony /a raczej – w pewnym sensie - samoobrony ;P/kogoś, a tak naprawdę była żenującą sceną LIcytowania się o faceta, pod tytułem “A właśnie, że ja jestem dla niego ważniejsza”. Albo “Co Ty tam wiesz, ja więcej dla niego znaczę”. Lub też “Ja wiem o nim wszystko, ale się nie chwalę”. Nie wiadomo, kto kogo bronił i przede wszystkim – przed kim, ale – parafrazując staropolskie przysłowie – “Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o faceta”. Żeby to był jeszcze facet… Ale oczywiście wszystko pod sztandarem walki z jawną niesprawiedliwością, atakami wrogich nicków, i ogólnie syfem w necie…
Przy okazji wyszło parę szczegółów z prywatnych rozmów, na zasadzie “A nasza wspólna znajoma mówiła o Tobie, że…”.
W tle oczywiście wymachiwał szabelką jeden z Rycerzy Okrągłego Stołu, usiłujący dociec prawdy na podstawie numeru IP komputera jednej z zaangażowanych w sprawę Pań. Tej akcji nadałabym z kolei prywatny tytuł :”Koszmarny sen informatyka”.
Przy okazji poleciało kilka obelg w stronę Pokera…Chociaż nie. Kłamię. Przecież ONI nigdy nie atakują personalnie /faja/…
Zapomniałabym wspomnieć o jeszcze jednej osobie tego spektaklu – o Slimku, zwanym pieszczotliwie Ślimokiem. Jak na prawdziwego twardziela i modelu z Sevres macho, nie odezwał się on ani słowem. Nawet, kiedy przez osobę “emocjonalnie zaangażowaną w znajomość z nim” został wywołany do tablicy, dla potwierdzenia jakichś chorych słów. Cóż, pewnie go nie było :] Bo gdyby był, to na bank by się odezwał, nie? Odważny jest przecież i ma zawsze własne zdanie, które tylko przypadkiem pokrywa się ze zdaniem…No, ze zdaniem innej osoby. Cóż, babki na pewno nieźle podniosły mu nadwątlone męskie ego… Tytuł tego aktu? “Nie zdeptać ślimaka”…
Najśmieszniejsze jest to, że Poker ani słowem nie wspomniał o jakimś durnym numerze IP. Wręcz przeciwnie. Nie ciukał też w nikogo personalnie. Rycerz Waluś odwalił więc kawał zupełnie niepotrzebnej roboty. Praca organiczna i praca u podstaw. Ale to akurat umknęło uwadze taplających się w kisielu Pań.
PS. Więcej nie napiszę, ze względu na Jędzę, która jest “emocjonalnie zaangażowana w znajomość”. Chociaż za cholerę nie wiem, dlaczego…
Jędzuś :*
To napisałam, ja Charmee, będąc w pełni sił umysłowych i innych.
PS. Nie życzę sobie żadnych komentarzy pod tą notką. Na żadne też nie odpowiem. Bo tak.
Palenie papierosów jest, jak słyszałam, szkodliwe dla zdrowia.
Poza tym, wg niektórych, nic nie daje. Poza tym, wg niektórych, osoba paląca śmierdzi. Poza tym, również wg niektórych, papierosy są drogie. No a ponadto, wg niektórych, palenie jest de mode i wogóle syf, sromota, podagra i zgliszcza.
Osoby palące to słabeusze bez kręgosłupa, nienawidzący dzieci i psów, noszą białe skarpetki do sandałów i napewno mają jakieś brzydkie zboczenia.
W związku z tym jestem palaczem (palaczką?).
Wiem, że śmierdzę, szkodzę sobie i otoczeniu, szastam ciężko zarobioną kasą i jestem już nawet nie niemodna, ale wręcz trącę myszką. A co do zboczeń, to mam kilka, co jedno to brzydsze.
Trudno, tak mam.
Jednocześnie, nie da się ukryć, jestem człowiekiem. Ponadto jestem człowiekiem uczciwie płacącym podatki (w tym ten 80%-owy wliczony w cenę papierosów). Co może dziwić, jestem osobą z natury uprzejmą i nie palę w towarzystwie osób niepalących, nawet we własnym domu. Co jeszcze więcej, jestem nieubezwłasnowolniona (wiem, to ZWłASZCZA może dziwić)!
W związku z tym mam prośbę: uprzejmie proszę się odpierdolić od mojego palenia!
Jak każdy dorosły, posiadający pełnię władz umysłowych i zdolność do czynności prawnych człowiek, mam prawo decydować o paru rzeczach, w tym o sposobach niszczenia własnego zdrowia.
Czy ja skaczę na bandżi? Czy ja nurkuję z rekinami? Czy ja przesiaduję w barze “Pod kopytkiem”? A może uprawiam seks bez zabezpieczeń z przygodnymi partnerami?
Otóż NIE! Ja narażam swoje życie i zdrowie w sposób jakby nieco bardziej stacjonarny i jest to uważam, absolutnie moja sprawa, moje prawo i mój wybór.
Dawno temu gdy pracowałam w jednej takiej szacownej firmie (dopóki się nie skapli, że się do tej pracy nie nadaję wcale), wszedł w życie dziwaczny przepis, zabraniający palenia w pracy gdziebądź. Doprawdy, te nasze przepisy są czasami kuriozalne. Palacze odtąd mogli się oddawać swemu nałogowi jedynie w wyznaczonych miejscach. To jednak nie mogło być byle jakie miejsce, poza tym, że miało być wyznaczone, miało też spełniać szereg szczególnych warunków: odpowiednia powierzchnia, wentylacja i takie tam. Szanowne Szefostwo nie uznało za konieczne wyznaczać przebrzydłym palaczom takiego miejsca, uznając, że równie dobrze mogą wychodzić z budynku.
Tak, wychodziliśmy, nawet dość długo wytrzymaliśmy. Po jakimś jednak czasie, znużeni licznymi niedogodnościami skierowaliśmy do Szanownego Szefostwa pismo z prośbą o zaprzestanie dyskryminacji nas, czyli znaczącej części pracowników. Zacytuję tu część owego dzieła (mojego autorstwa, więc mogę):
“W obecnej sytuacji, zmuszeni okolicznościami, w momencie ataku nałogu wychodzimy na zewnątrz budynku, co ma liczne negatywne skutki.
Po pierwsze narażamy się na dodatkową utratę zdrowia, z powodu nie zawsze sprzyjającej aury, po drugie, na długi czas opuszczamy swoje stanowisko pracy, po trzecie stanowimy dziwowisko dla licznej młodzieży w wieku szkolnym, uczęszczającej do pobliskiej placówki oświatowej, dając jej jednocześnie zły przykład, nie wspominając o rozrywce, jakiej dostarczamy pracownikom innych instytucji mieszczących się w tym budynku”.
Efekt? A jak myślicie? Oczywiście odpowiedź negatywna. Nie ma takiej opcji, na drzewo, spadać, won, nie ma dla was miejsca przebrzydli palacze!
Zdrowy rozsądek Szefostwa jednak zadziałał. Nie wyraziło zgody, jednak “zapomniało” o jednym z pomieszczeń, które skrzętnie zostało wykorzystane do niecnych celów i odpowiednio zabezpieczone. Tym sposobem chcąc nie chcąc, nie dość, że palaczem (palaczką?) zostałam przestępcą, bo czymże innym jest świadome łamanie nawet dziwacznego przepisu.
Ja się grzecznie zatem pytam – czy to nie jest dyskryminacja? Nie chcę i nie lubię być przestępcą (przestępczynią? A kij tam!), ale zostałam do tego zmuszona. Obecnie palę w miejscach do tego wyznaczonych, bądź w samotności, robię to co chcę i co nie jest zabronione, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że ma prawo traktować mnie jak osobę drugiej kategorii i co więcej, śmie mnie pouczać i z wyżyn swojego piedestału informować, jaką nędzną kreaturą jestem.
Otóż nie życzę sobie!
Poprawiaj swoje samopoczucie w inny sposób, nie wiem, może zacznij dziergać, albo się onanizuj, a od mojego obsikanego terenu – wara!
To mówiłam ja:
nieco poirytowana
Jędz@
Ps. Czy ktoś jeszcze pamięta tę piosnkę? Urocza jest doprawdy.
Moje dziecko mnie kocha. Ale tak szczerze i naprawdę, bez żadnych ale, uwag, czy zastrzeżeń.
Mimo, że jest nastolatką, mam co do tego absolutną pewność. Nie dość, że kocha, to jeszcze z uwagą wsłuchuje się w każde moje słowo, wyciąga wnioski i się stosuje! Ha! Proszę! Ja nie potrafię dziecka wychować? Ja?
Mogę to nawet udowodnić.
Potrzebny jednak pewien ogólny rys.
Wiecie jak wygląda standardowy pokój standardowego nastolatka? Nie wiecie?
Ci co nie wiedzą, niech idą sprawdzić do sąsiada. A ci co wiedzą, to wiedzą.
No, to teraz weźcie to w nawias i pomnóżcie 4 razy (moje dziecię jest wybitne pod każdym względem, po mamusi, nie? Mówiłam, prawda?) i macie nieład twórczy w pokoju mojej starszej dumy i chluby.
Staram się usilnie tam nie wchodzić, bo potem przez 3 dni drży mi lewa powieka.
Ale czasami muszę, no choćby po to, by jej przemocą odebrać komputer, albo co.
Nie powinno więc dziwić nikogo, że niejednokrotnie zwracam się do córeczki mej ulubionej, znacząco patrząc na malowniczy nieład, słowami: “Jeszcze tu nasrać i szczura wpuścić”.
No. Tak się zwracałam, ale tylko w chwilach uniesienia emocjonalnego, jak bum cyk cyk!
Acha, czy ja już mówiłam, że na stanie mam żywy inwentarz w postaci psa rasy bliskiej amstafa i rudej kotki (oba znajdy uratowane od niechybnej śmierci)?
To najwyżej się powtarzam.
No, to macie rys, teraz będzie niezbity dowód na tę miłość dziecięcą.
Córeczka jest świadoma odpowiedzialności za żywe zwierzę w domu, a to większe żywe zwierzę jakoś nie chce się przekonać do kuwety. Oczywiste jest więc, że jeśli wraca pierwsza, to wyprowadza psa na siku i kupkę. “Zapomina” jednak wielokrotnie o tym prostym obowiązku i jak dotąd jakoś to było. Aż do niedawna.
Pozostali domownicy udali się w siną dal na dłużej, córeczka sobie “zapomniała” i oddaliła się w nieznanym kierunku, a piesek postanowił w końcu się zemścić i walnął jej piękną, wielgachną, zakręconą kupę na środku nowiutkiego dywanu koloru jasna zieleń, długi włos, made in ikea. Ha! Prała to i wściekała się, na zmianę z wymiotowaniem, a było zostawić! Byłoby memento!
Ale wczoraj udowodniła, że słucha mnie niezwykle starannie i przyniosła do domu nowe zwierzątko. Kto zgadnie jakie? Palec pod budkę! Oczywiście szczura!
Wstrętnego, włochatego, z ogonem, w łaty jak krowa i zębami jak szpady! Szczura!!!!!! Potwór ma jakieś 15 cm (razem z ogonem oślizłym licząc), ale niech was nie zmyli ta nikczemna długość! To potwór i tyle! Zamieszkał w terrarium odziedziczonym po św. pamięci gekonie Fredku i straszy mnie tymi zębiskami i oczyskami. A biedna Jadźka dostała świra (ta jedna mnie rozumie, moja koteczka kochana) i poluje z zapamiętaniem na potwora, nie zważając na to, że ten udaje, że śpi.
Tadaaaaam! A nie mówiłam, że dziecię mnie kocha szalenie i słucha w każdym calu?
Było nasrać?! Proszę. Było szczura wpuścić?! Proszę.
I niech mi ktoś powie, że ja nie umiem dzieci wychowywać!
Wasza wspaniała
Jędz@
Ps. Tubę wyszukała, z wielkim mozołem i zaniedbując niecnie faceta z którym aktualnie śpi, moja ulubiona Charmusia.
(kazała mi to napisać).
Nic się tu nie dzieje, nuda i marazm, a Wy ciągle tu zaglądacie! Dziwni jesteście…
Wróciłam już w miarę do równowagi, więc postanowiłam zamącić tę wodę i coś tam chlapnąć. Jak wszyscy dobrze wiecie nie było mnie jakiś czas, gdyż byłam: na wczasach/w delegacji/chora/na odwyku/w psychiatryku/w Pcimiu Dolnym, a tam nie ma internetu/*.
Co tu dużo mówić, stęskniłam się. Z tej tęsknoty (no nie za Wami przecież, tylko za internetem), jak się dorwałam!… To mi się odechciało. Normalnie całkiem odwykłam! Pośmigałam po kilku stronkach, spam wydał mi się nudny, parę blogów doczytałam, resztę sobie odpuściłam. Pocztę odebrałam.
A tam cud informacja – sprawdź, jaki masz poziom IQ! Zrób sobie test, wyślij sms. Wysłałam sms i właściwie mogłam już na tym poprzestać, bo to wystarczyło do określenia mojego IQ. Oczywiście dopiero po wysłaniu tegoż doczytałam, ile ta przyjemność mnie kosztowała. No nie powiem, bo się srodze wstydzę, ale szlag by to jasssssny!
No cóż mi pozostało… jak już zainwestowałam, to chociaż niech mam na piśmie, niech mam się czym chwalić, jaka jestem niezwykle inteligentna, nie?
Sumiennie się przyłożyłam, oglądałam swem bystrem okiem wszystkie niesamowite obrazki i dawałam błyskawiczne odpowiedzi na wszystkie podchwytliwe pytania. Skończyłam… Otarłam pot z czoła. Tadaaaaaaam! Czekam niecierpliwie na wynik testu (no bo skoro już tyle zainwestowałam… itd). Jest! Drodzy Państwo!
Niniejszym ogłaszam, że iloraz inteligencji Jędzy Waszej ulubionej to…. 99 !
Tak moi drodzy! Jestem znacznie inteligentniejsza od przeciętnego delfina (IQ 70) i tylko włos dzieli mnie od Dody (IQ 150). Wiem, muszę trochę nad sobą popracować, ale już może złożę wniosek do MENSy? Bo potem się nie dopchają…
Tę nową kategorię nazwałam na własny użytek “łazik górski”. Odkryłam ją jakiś czas temu, poddawałam obserwacji, wnikliwej, aż nadszedł dzień, że mogę wyciągnąć wnioski i się nimi podzielić…
Łazik górski, oprócz tego, że jak sama nazwa wskazuje – łazi – to jeszcze czepia się… Tak. Wiadomo. Podłoże skaliste, zero elementów do symbiozy, więc czepia się byle jakiego podłoża, byle było…
Ma swój rewir, na którym czuje się w miarę bezpiecznie, ale lubi zapuszczać się w inne rejony, w celach bynajmniej mało pokojowych. A raczej – pozornie pokojowych. Tak naprawdę chodzi o aneksję terenu, zdobycie poparcia, pokazanie luzu, dystanu i elokwencji… A także podzielenie się wyciągniętymi na innych terenach wnioskami, to nic, że błędnymi… Ważne, że łazik sądzi, że odkrył Amerykę i doczytał/doszukał się gdzieś tego, czego inni nie widzą: podtekstów, dowalania i drugiego dna.
Łazik nie pielęgnowany usycha, ale do odżycia nie potrzebuje wiele… Nie do zajebania jest – za przeproszeniem… Wystarczy jedno słowo, zdanie, gest w kierunku takiego łazika i łazik objawia się w pełnej krasie. Wszędzie.
Wychodzi wtedy ze swej nory w inne rewiry i głosi prawdy objawione.
Czasem zamykają przed nim i jego schizami jakieś podwoje… Łazik robi wtedy oczy wielkie ze zdziwienia: “JAK TO”??? Przecież JA to chodząca niewniność, co za ludzie, na żartach się nie znają, przecież to tylko net/żart/przytyk *…
* niepotrzebne skreślić
Łazik górski jest rodzaju żeńskiego. Zawsze. Działania łazika powodowane są zazdrością/nudą/odrzuceniem **
Też skreślić.
Omijać z daleka. Nie dyskutować. Nie podejmować dialogu. Udawać, że wszystko jest ok. Nie ma sensu walczyć z chwastem, bo łazik – a raczej łazikówna – jest – jak już napisałam – nie do zajebania. Szkoda nerw.
I to by było na tyle.
Charmee
PS. W tych rewirach łaziki się nie pojawiają. Inaczej – pojawiają, ale nie objawiają….
PS2. Chimero, wytargałam Cię za włosy, ale ponieważ zachętę do czwartego wymiaru zobaczyłam zbyt późno, więc najpierw rozprawię się z łazikiem…