Moja kochana Jędzunia znalazła w sieci tekst o znamiennym tytule “Mój kochanek ma na imię Zoe”. Dodatkowe parametry:
Autor: nikaen (zredagowany przez: zuzka)
Pozwolę sobie zacytować ten tekst w całości, bo fajny. Nawet. Na swój sposób.
“Kiedy przychodzi esemes, telefon dyskretnie powiadamia mnie o tym fragmentem „Schodów do nieba” i informacją: 1 nowa wiadomość: ZOE.
Blaga, blaga, blaga. Nie ma żadnej Zoe, a przynajmniej ja żadnej nie znam.
Zoe, ta, z którą od dwóch lat spotykam się raz na dwa tygodnie i od której dostaję dziesiątki wiadomości i fotek – ona nie istnieje.
To jest moja przyjaciółka doskonała: samotna, gruba lesbijka, siedząca na zasiłku dla bezrobotnych. Mieszka w miasteczku położonym wystarczająco daleko od mojego. Chodzi o to, żebym – jadąc do niej na babskie pogaduchy – miała te cztery, pięć godzin luzu.
Wymyśliłam ją i stworzyłam od podstaw. Nadałam jej imię i nazwisko. Określiłam jej wygląd, charakter, ulubione powiedzonka i rzeczy, które ją interesują. Nawet orientację seksualną, żeby ubarwić tę postać.
Im więcej szczegółów, im dokładniejszy opis, tym bardziej wiarygodna i rzeczywista osoba.
Bo – co tu dużo mówić – Zoe jest mi potrzebna.
Jest moim alibi i wytłumaczeniem.
Moja droga, nieoceniona Zoe, co ja bym bez ciebie zrobiła.
Moja Zoe ma na imię Robert.
Jest prawie dwumetrowym przystojniakiem z fantastycznym ekwipunkiem, jeśli wiecie, co mam na myśli.
Ma żonę, która jest ode mnie młodsza. Ale – pozwolę sobie na szczerość – jest workiem sflaczałego sadła.
Ma dwoje dzieci, jedno już dorosłe, drugie właśnie kończy osiemnastkę.
Ma mnie, swoją kochankę doskonałą.
Pisze do mnie kilka razy dziennie:
Jesteś miłością mojego życia.
albo
Kocham cię i pragnę do szaleństwa.
Przysyła też bardzo niegrzeczne fotki, zgadnijcie, co na nich jest!
Pisze dużo słodkich tekstów, w ciągu tych dwóch lat udało mi się zrobić z niego poetę.
To łatwe. Trzeba dać facetowi to, czego nie miał - nie ma – i nie będzie miał w domu.
Namiętność. Tej nie muszę udawać. Facet ma wspaniałe ciało, silne, muskularne, ale nie do przesady. Jest mężczyzną dojrzałym i pięknym. Między nami jest taka chemia, że powietrze iskrzy.
Podziw. Tu trzeba troszkę podegrać. Wyolbrzymić.
Dodać mu takie cechy, których on nie ma, ale chciałabym, żeby miał.
Mówię: jesteś najlepszym kochankiem, jakiego miałam w życiu i on mi wierzy. Stara się jeszcze bardziej.
Mówię mu: jesteś czułym i cudownym mężczyzną i on pragnie takim właśnie być. Dla mnie. A przy okazji z rozpędu dla swojej grubej żony.
Kiedy opowiadam mu o nim samym w języku, którego do tej pory nie znał, w języku namiętności i fascynacji, wtedy on staje się fascynujący. Staje się tym, kim nie miał nigdy okazji być: bo praca, bo dzieci, bo pieniądze, bo żona ma okres itede. Nadaję mu moim podziwem i uznaniem całkiem nowy kształt a jemu się to podoba. Kochanek nad kochankami.
Ja ubieram się dla niego w koronkowy gorset i czerwony pas do pończoch. Zapalam pachnące świece w hotelowym pokoju, tańczę dla niego. On opowiada mi o swoich fantazjach a ja je zaspokajam. On pyta mnie, czego pragnę i daje mi to.
On kocha swoja żonę, powiedział mi o tym. To dobrze, bo nie chciałabym, żeby wiązał ze mną jakieś nadzieje. Ja kocham mojego męża i to też jest oczywiste. Kochamy naszych współmałżonków i troszczymy się o nich, dlatego nasz romans na zawsze pozostanie tajemnicą.
Mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem, ale nie budzi we mnie namiętności. Raczej czułość i dobre myśli. Ale seks z nim smakuje już bardzo mdło. Nic nie pomagały te wszystkie rytuały z bielizną i robieniem atmosfery. Pic na wodę fotomontaż.
Teraz jest o niebo lepiej, kiedy kochając się z nim przypominam sobie Roberta. Mojemu mężowi to nie szkodzi, ponieważ do głowy mu nie przychodzi węszyć zdradę. On wierzy w Zoe. W zamian za to ma namiętną i oddaną żonę. Na co dzień jestem tylko dla niego.
Raz na dwa tygodnie – jak mówię – ładuję akumulatory.
Żałuję, że mój mąż sam nie wpadł na ten pomysł bo widzę, że romans fantastycznie wzmacnia małżeństwo. Byłoby prościej, gdybym nie musiała się tak ukrywać, ale już nie tak emocjonująco.
Dodam przy okazji, że nikt nikomu niczego nie odbiera. Robert i ja dajemy sobie tylko to, czego inni i tak już nie chcą.
Robert za to daje swojej żonie więcej czułości od kiedy dostaje ode mnie dawkę energii i zachwytu. Po prostu ma więcej do zaoferowania. Jest szczęśliwym kochankiem, szczęśliwym mężem, szczęśliwym ojcem. Kiedy kocha się ze swoją żoną, myśli o mnie, ale to ona dostaje rozkosz i pieszczoty. Ona korzysta z tego, co ja daję jej mężowi i dla mnie to jest w porządku. Nie jestem zazdrosna ani zaborcza, nie kradnę uczuć, tylko wypożyczam urządzenia. Sądzę, że właściciel tych urządzeń czuje się trochę winny, stąd stara się być dobrym i oddanym mężem.
Kiedyś zostawił mnie z dnia na dzień. Przestał się odzywać. Po dziesięciu dniach dostałam esemesa: moje serce jest zimne a dusza martwa, wróć do mnie, przepraszam.
Cóż, okazało się, że miał atak poczucia winy. Powiedział ni mniej ni więcej:
- Nie mogłem sobie poradzić z tym, że całuję żonę na dobranoc a godzinę wcześniej doszedłem w twoich ustach.
Faceci! Kto by pomyślał, że tacy wrażliwi. Przyznaję, że mnie rozczulił. Przy okazji zorientował się, że kiedy odejdzie, ja nie umrę z żalu, co dało mu swoiste poczucie bezpieczeństwa.
Ja zaś pewnie powinnam skręcać się ze wstydu, a nawet się nie czerwienię. Mało, że nie mam za grosz poczucia winy, to nawet mi nie przychodzi do głowy, że powinnam mieć. Z jakiej to niby racji? Bo ktoś inny na moim miejscu by miał?
Romans to nie jest patent dla wszystkich kobiet świata. Ale to jest patent dla mnie i w moim przypadku jest lepszy niż tona prozaku.
Szczerze mówiąc, gdybym urodziła się w innej kulturze, innym czasie, innym świecie, to z całego serca chciałabym mieć wielu mężów. Tak jak do dziś są miejsca, gdzie facet może mieć kilka żon, jeśli go na to stać.
Ja miałabym męża na każdą pogodę: jeden dobry w łóżku, drugi inteligentny, trzeci sprytny we wbijaniu gwoździ i naprawach domowych i inne różności.
No, ale tak się składa, że żyję tu, gdzie żyję. Dlatego musiałam stworzyć moją przyjaciółkę Zoe.”
Tekst wkleiła
Najleniwsza z leniwych
Charmee
PS. Dziękuję, Slime. Od dziś mogą Cię nazywać “Biuro Rzeczy Znalezionych”… :P