Napisane przez: charmee00 | czerwiec 18, 2009

Czy my jesteśmy tu za karę?

Śledziłam dziś przez jakiś czas słowną napierdzielankę na kiedyś-już-tu-opisywanym-blogu. Walka toczyła się między dwiema paniami i dotyczyła niby to obrony /a raczej – w pewnym sensie - samoobrony ;P/kogoś, a tak naprawdę była żenującą sceną LIcytowania się o faceta, pod tytułem “A właśnie, że ja jestem dla niego ważniejsza”. Albo “Co Ty tam wiesz, ja więcej dla niego znaczę”. Lub też “Ja wiem o nim wszystko, ale się nie chwalę”. Nie wiadomo, kto kogo bronił i przede wszystkim – przed kim, ale – parafrazując staropolskie przysłowie – “Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o faceta”. Żeby to był jeszcze facet… Ale oczywiście wszystko pod sztandarem walki z jawną niesprawiedliwością, atakami wrogich nicków, i ogólnie syfem w necie…

Przy okazji wyszło parę szczegółów z prywatnych rozmów, na zasadzie “A nasza wspólna znajoma mówiła o Tobie, że…”.

W tle oczywiście wymachiwał szabelką jeden z Rycerzy Okrągłego Stołu, usiłujący dociec prawdy na podstawie numeru IP komputera jednej z zaangażowanych w sprawę Pań. Tej akcji nadałabym z kolei prywatny tytuł :”Koszmarny sen informatyka”.

Przy okazji poleciało kilka obelg w stronę Pokera…Chociaż nie. Kłamię. Przecież ONI nigdy nie atakują personalnie /faja/…

Zapomniałabym wspomnieć o jeszcze jednej osobie tego spektaklu – o Slimku, zwanym pieszczotliwie Ślimokiem. Jak na prawdziwego twardziela i modelu z Sevres macho, nie odezwał się on ani słowem. Nawet, kiedy przez osobę “emocjonalnie zaangażowaną w znajomość z nim” został wywołany do tablicy, dla potwierdzenia jakichś chorych słów. Cóż, pewnie go nie było :] Bo gdyby był, to na bank by się odezwał, nie? Odważny jest przecież i ma zawsze własne zdanie, które tylko przypadkiem pokrywa się ze zdaniem…No, ze zdaniem innej osoby.  Cóż, babki na pewno nieźle podniosły mu nadwątlone męskie ego… Tytuł tego aktu? “Nie zdeptać ślimaka”…

Najśmieszniejsze jest to, że Poker ani słowem nie wspomniał o jakimś durnym numerze IP. Wręcz przeciwnie. Nie ciukał też w nikogo personalnie. Rycerz Waluś odwalił więc kawał zupełnie niepotrzebnej roboty. Praca organiczna i praca u podstaw.  Ale to akurat umknęło uwadze taplających się w kisielu Pań.

PS. Więcej nie napiszę, ze względu na Jędzę, która jest “emocjonalnie zaangażowana w znajomość”. Chociaż za cholerę nie wiem, dlaczego…

Jędzuś :*

To napisałam, ja Charmee, będąc w pełni sił umysłowych i innych.

PS. Nie życzę sobie żadnych komentarzy pod tą notką. Na żadne też nie odpowiem. Bo tak.

Napisane przez: Jędz@ | czerwiec 16, 2009

Przebrzydli palacze.

Palenie papierosów jest, jak słyszałam, szkodliwe dla zdrowia.
Poza tym, wg niektórych, nic nie daje. Poza tym, wg niektórych, osoba paląca śmierdzi. Poza tym, również wg niektórych, papierosy są drogie. No a ponadto, wg niektórych, palenie jest de mode i wogóle syf, sromota, podagra i zgliszcza.
Osoby palące to słabeusze bez kręgosłupa, nienawidzący dzieci i psów, noszą białe skarpetki do sandałów i napewno mają jakieś brzydkie zboczenia.
W związku z tym jestem palaczem (palaczką?).
Wiem, że śmierdzę, szkodzę sobie i otoczeniu, szastam ciężko zarobioną kasą i jestem już nawet nie niemodna, ale wręcz trącę myszką. A co do zboczeń, to mam kilka, co jedno to brzydsze.
Trudno, tak mam.
Jednocześnie, nie da się ukryć, jestem człowiekiem. Ponadto jestem człowiekiem uczciwie płacącym podatki (w tym ten 80%-owy wliczony w cenę papierosów). Co może dziwić, jestem osobą z natury uprzejmą i nie palę w towarzystwie osób niepalących, nawet we własnym domu. Co jeszcze więcej, jestem nieubezwłasnowolniona (wiem, to ZWłASZCZA może dziwić)!
W związku z tym mam prośbę: uprzejmie proszę się odpierdolić od mojego palenia!
Jak każdy dorosły, posiadający pełnię władz umysłowych i zdolność do czynności prawnych człowiek, mam prawo decydować o paru rzeczach, w tym o sposobach niszczenia własnego zdrowia.
Czy ja skaczę na bandżi? Czy ja nurkuję z rekinami? Czy ja przesiaduję w barze “Pod kopytkiem”? A może uprawiam seks bez zabezpieczeń z przygodnymi partnerami?
Otóż NIE! Ja narażam swoje życie i zdrowie w sposób jakby nieco bardziej stacjonarny i jest to uważam, absolutnie moja sprawa, moje prawo i mój wybór.
Dawno temu gdy pracowałam w jednej takiej szacownej firmie (dopóki się nie skapli, że się do tej pracy nie nadaję wcale), wszedł w życie dziwaczny przepis, zabraniający palenia w pracy gdziebądź. Doprawdy, te nasze przepisy są czasami kuriozalne. Palacze odtąd mogli się oddawać swemu nałogowi jedynie w wyznaczonych miejscach. To jednak nie mogło być byle jakie miejsce, poza tym, że miało być wyznaczone, miało też spełniać szereg szczególnych warunków: odpowiednia powierzchnia, wentylacja i takie tam. Szanowne Szefostwo nie uznało za konieczne wyznaczać przebrzydłym palaczom takiego miejsca, uznając, że równie dobrze mogą wychodzić z budynku.
Tak, wychodziliśmy, nawet dość długo wytrzymaliśmy. Po jakimś jednak czasie, znużeni licznymi niedogodnościami skierowaliśmy do Szanownego Szefostwa pismo z prośbą o zaprzestanie dyskryminacji nas, czyli znaczącej części pracowników. Zacytuję tu część owego dzieła (mojego autorstwa, więc mogę):
“W obecnej sytuacji, zmuszeni okolicznościami, w momencie ataku nałogu wychodzimy na zewnątrz budynku, co ma liczne negatywne skutki.
Po pierwsze narażamy się na dodatkową utratę zdrowia, z powodu nie zawsze sprzyjającej aury, po drugie, na długi czas opuszczamy swoje stanowisko pracy, po trzecie stanowimy dziwowisko dla licznej młodzieży w wieku szkolnym, uczęszczającej do pobliskiej placówki oświatowej, dając jej jednocześnie zły przykład, nie wspominając o rozrywce, jakiej dostarczamy pracownikom innych instytucji mieszczących się w tym budynku”.
Efekt? A jak myślicie? Oczywiście odpowiedź negatywna. Nie ma takiej opcji, na drzewo, spadać, won, nie ma dla was miejsca przebrzydli palacze!
Zdrowy rozsądek Szefostwa jednak zadziałał. Nie wyraziło zgody, jednak “zapomniało” o jednym z pomieszczeń, które skrzętnie zostało wykorzystane do niecnych celów i odpowiednio zabezpieczone. Tym sposobem chcąc nie chcąc, nie dość, że palaczem (palaczką?) zostałam przestępcą, bo czymże innym jest świadome łamanie nawet dziwacznego przepisu.
Ja się grzecznie zatem pytam – czy to nie jest dyskryminacja? Nie chcę i nie lubię być przestępcą (przestępczynią? A kij tam!), ale zostałam do tego zmuszona. Obecnie palę w miejscach do tego wyznaczonych, bądź w samotności, robię to co chcę i co nie jest zabronione, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że ma prawo traktować mnie jak osobę drugiej kategorii i co więcej, śmie mnie pouczać i z wyżyn swojego piedestału informować, jaką nędzną kreaturą jestem.
Otóż nie życzę sobie!
Poprawiaj swoje samopoczucie w inny sposób, nie wiem, może zacznij dziergać, albo się onanizuj, a od mojego obsikanego terenu – wara!

To mówiłam ja:
nieco poirytowana

Jędz@

Ps. Czy ktoś jeszcze pamięta tę piosnkę? Urocza jest doprawdy.

Napisane przez: Jędz@ | czerwiec 8, 2009

Dziecię mnie kocha.

Moje dziecko mnie kocha. Ale tak szczerze i naprawdę, bez żadnych ale, uwag, czy zastrzeżeń.
Mimo, że jest nastolatką, mam co do tego absolutną pewność. Nie dość, że kocha, to jeszcze z uwagą wsłuchuje się w każde moje słowo, wyciąga wnioski i się stosuje! Ha! Proszę! Ja nie potrafię dziecka wychować? Ja?
Mogę to nawet udowodnić.
Potrzebny jednak pewien ogólny rys.
Wiecie jak wygląda standardowy pokój standardowego nastolatka? Nie wiecie?
Ci co nie wiedzą, niech idą sprawdzić do sąsiada. A ci co wiedzą, to wiedzą.
No, to teraz weźcie to w nawias i pomnóżcie 4 razy (moje dziecię jest wybitne pod każdym względem, po mamusi, nie? Mówiłam, prawda?) i macie nieład twórczy w pokoju mojej starszej dumy i chluby.
Staram się usilnie tam nie wchodzić, bo potem przez 3 dni drży mi lewa powieka.
Ale czasami muszę, no choćby po to, by jej przemocą odebrać komputer, albo co.
Nie powinno więc dziwić nikogo, że niejednokrotnie zwracam się do córeczki mej ulubionej, znacząco patrząc na malowniczy nieład, słowami: “Jeszcze tu nasrać i szczura wpuścić”.
No. Tak się zwracałam, ale tylko w chwilach uniesienia emocjonalnego, jak bum cyk cyk!
Acha, czy ja już mówiłam, że na stanie mam żywy inwentarz w postaci psa rasy bliskiej amstafa i rudej kotki (oba znajdy uratowane od niechybnej śmierci)?
To najwyżej się powtarzam.
No, to macie rys, teraz będzie niezbity dowód na tę miłość dziecięcą.
Córeczka jest świadoma odpowiedzialności za żywe zwierzę w domu, a to większe żywe zwierzę jakoś nie chce się przekonać do kuwety. Oczywiste jest więc, że jeśli wraca pierwsza, to wyprowadza psa na siku i kupkę. “Zapomina” jednak wielokrotnie o tym prostym obowiązku i jak dotąd jakoś to było. Aż do niedawna.
Pozostali domownicy udali się w siną dal na dłużej, córeczka sobie “zapomniała” i oddaliła się w nieznanym kierunku, a piesek postanowił w końcu się zemścić i walnął jej piękną, wielgachną, zakręconą kupę na środku nowiutkiego dywanu koloru jasna zieleń, długi włos, made in ikea. Ha! Prała to i wściekała się, na zmianę z wymiotowaniem, a było zostawić! Byłoby memento!
Ale wczoraj udowodniła, że słucha mnie niezwykle starannie i przyniosła do domu nowe zwierzątko. Kto zgadnie jakie? Palec pod budkę! Oczywiście szczura!
Wstrętnego, włochatego, z ogonem, w łaty jak krowa i zębami jak szpady! Szczura!!!!!! Potwór ma jakieś 15 cm (razem z ogonem oślizłym licząc), ale niech was nie zmyli ta nikczemna długość! To potwór i tyle! Zamieszkał w terrarium odziedziczonym po św. pamięci gekonie Fredku i straszy mnie tymi zębiskami i oczyskami. A biedna Jadźka dostała świra (ta jedna mnie rozumie, moja koteczka kochana) i poluje z zapamiętaniem na potwora, nie zważając na to, że ten udaje, że śpi.

Tadaaaaam! A nie mówiłam, że dziecię mnie kocha szalenie i słucha w każdym calu?
Było nasrać?! Proszę. Było szczura wpuścić?! Proszę.
I niech mi ktoś powie, że ja nie umiem dzieci wychowywać!

Wasza wspaniała

Jędz@

Ps. Tubę wyszukała, z wielkim mozołem i zaniedbując niecnie faceta z którym aktualnie śpi, moja ulubiona Charmusia.
(kazała mi to napisać).

Napisane przez: Jędz@ | maj 29, 2009

Dziwni jesteście

Nic się tu nie dzieje, nuda i marazm, a Wy ciągle tu zaglądacie! Dziwni jesteście…
Wróciłam już w miarę do równowagi, więc postanowiłam zamącić tę wodę i coś tam chlapnąć. Jak wszyscy dobrze wiecie nie było mnie jakiś czas, gdyż byłam: na wczasach/w delegacji/chora/na odwyku/w psychiatryku/w Pcimiu Dolnym, a tam nie ma internetu/*.
Co tu dużo mówić, stęskniłam się. Z tej tęsknoty (no nie za Wami przecież, tylko za internetem), jak się dorwałam!… To mi się odechciało. Normalnie całkiem odwykłam! Pośmigałam po kilku stronkach, spam wydał mi się nudny, parę blogów doczytałam, resztę sobie odpuściłam. Pocztę odebrałam.
A tam cud informacja – sprawdź, jaki masz poziom IQ! Zrób sobie test, wyślij sms. Wysłałam sms i właściwie mogłam już na tym poprzestać, bo to wystarczyło do określenia mojego IQ. Oczywiście dopiero po wysłaniu tegoż doczytałam, ile ta przyjemność mnie kosztowała. No nie powiem, bo się srodze wstydzę, ale szlag by to jasssssny!
No cóż mi pozostało… jak już zainwestowałam, to chociaż niech mam na piśmie, niech mam się czym chwalić, jaka jestem niezwykle inteligentna, nie?
Sumiennie się przyłożyłam, oglądałam swem bystrem okiem wszystkie niesamowite obrazki i dawałam błyskawiczne odpowiedzi na wszystkie podchwytliwe pytania. Skończyłam… Otarłam pot z czoła. Tadaaaaaaam! Czekam niecierpliwie na wynik testu (no bo skoro już tyle zainwestowałam… itd). Jest! Drodzy Państwo!
Niniejszym ogłaszam, że iloraz inteligencji Jędzy Waszej ulubionej to…. 99 !
Tak moi drodzy! Jestem znacznie inteligentniejsza od przeciętnego delfina (IQ 70) i tylko włos dzieli mnie od Dody (IQ 150). Wiem, muszę trochę nad sobą popracować, ale już może złożę wniosek do MENSy? Bo potem się nie dopchają…

No i tuba – do niczego nie pasująca ;)

Wasza wytęskniona

Jędz@

*niepotrzebne skreślić wg uznania

Napisane przez: charmee00 | maj 14, 2009

Nowa kategoria…

Tę nową kategorię nazwałam na własny użytek “łazik górski”. Odkryłam ją jakiś czas temu, poddawałam obserwacji, wnikliwej, aż nadszedł dzień, że mogę wyciągnąć wnioski i się nimi podzielić…

Łazik górski, oprócz tego, że jak sama nazwa wskazuje – łazi – to jeszcze czepia się… Tak. Wiadomo. Podłoże skaliste, zero elementów do symbiozy, więc czepia się byle jakiego podłoża, byle było…

Ma swój rewir, na którym czuje się w miarę bezpiecznie, ale lubi zapuszczać się w inne rejony, w celach bynajmniej mało pokojowych.  A raczej – pozornie pokojowych. Tak naprawdę chodzi o aneksję terenu, zdobycie poparcia, pokazanie luzu, dystanu i elokwencji… A także podzielenie się wyciągniętymi na innych terenach wnioskami, to nic, że błędnymi… Ważne, że łazik sądzi, że odkrył Amerykę i doczytał/doszukał się gdzieś tego, czego inni nie widzą: podtekstów, dowalania i drugiego dna.

Łazik nie pielęgnowany usycha, ale do odżycia nie potrzebuje wiele… Nie do zajebania jest – za przeproszeniem… Wystarczy jedno słowo, zdanie, gest w kierunku takiego łazika i łazik objawia się w pełnej krasie. Wszędzie.

Wychodzi wtedy ze swej nory w inne rewiry i głosi prawdy objawione.

Czasem zamykają przed nim i jego schizami jakieś podwoje… Łazik robi wtedy oczy wielkie ze zdziwienia: “JAK TO”??? Przecież JA to chodząca niewniność, co za ludzie, na żartach się nie znają, przecież to tylko net/żart/przytyk *…

* niepotrzebne skreślić

Łazik górski jest rodzaju żeńskiego. Zawsze. Działania łazika powodowane są zazdrością/nudą/odrzuceniem **

Też skreślić.

Omijać z daleka. Nie dyskutować. Nie podejmować dialogu. Udawać, że wszystko jest ok. Nie ma sensu walczyć z chwastem, bo łazik – a raczej łazikówna – jest –  jak już napisałam –  nie do zajebania. Szkoda nerw.

I to by było na tyle.

Charmee

PS. W tych rewirach łaziki się nie pojawiają. Inaczej – pojawiają, ale nie objawiają….

PS2. Chimero, wytargałam Cię za włosy, ale ponieważ zachętę do czwartego wymiaru zobaczyłam zbyt późno, więc najpierw rozprawię się z łazikiem…

Napisane przez: charmee00 | maj 4, 2009

Bajki robotów, czyli rzecz o pew/ł/nej kulturze…

No i nie doczekam się na Jędzę. Trudno. Będzie notka, zanim ją – Jędzę – zregenerują… Szkielet tego, co poniżej siedział sobie w bebechach bloga już od dłuższego czasu i czekał na swoją kolej. Kolej właśnie nadeszła.

Obserwuję bowiem od dłuższego czasu to, co wyczynia niejaki Slime, sterowany ręcznie przez niejaką Licencję vel Szarmi i nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Z faceta z jajami, niezależnego, stał się zaprogramowanym robotem. Nie wiem, czy robot może być niezaprogramowany, ale tylko to jedno słowo mi tu pasowało. Robot włącza się się na hasło “Poker”. Ja rozumiem, że Slimek za wszelką cenę chce się przypodobać Licencji, że osoba ta wymaga pełnego poddaństwa i mówienia dokładnie jej głosem, bez cienia sprzeciwu. Zdaję sobie także sprawę – myślę, że on również, dlatego brnie w ten układ, jak ćma do ognia – , że w razie takiego sprzeciwu znajdzie na Slimka parę bolesnych haczyków, wywalonych oczywiście publicznie… Innego wytłumaczenia na to, dlaczego niegłupi, fajny i myślący facet nakręcił się jak katarynka w jednym kierunku – nie widzę…

Bardzo lubiłam dwa wcześniejsze blogi Slime’a. Pisałam zresztą o jednym z nich parokrotnie i nadal podtrzymuję swoje zdanie, że oba były interesujące, twórcze i z klasą. Pełna Kultura, blog o blogach, /lubię tę konwencję zresztą/ to nic innego jak zaplecze polityczne Licencji, urażonej wielce odrzuceniem przez środowisko – jak to ona nazywa – okołopokerowo – procesowe.

Na swoim ślicznym, LIterackim blogasku, wśród komentatorów na poziomie, nie bardzo może sobie na to pozwolić, więc swoje schizy toczy kulturalnie, wylewając pomyje cudzymi rączkami. Sprytne, ale żałosne.

Oczywiście – najpierw należało pozbyć się Flanelki. W białych rękawiczkach. Nie no, sorry, przecież Flanelka sama odeszła /krzywy uśmiech numer pięć/…

Czytałam dziś na blogu Defendo komentarz Slime’a, w którym zarzucał on Defendo to, iż nie broniła Li przed atakami strasznych ludzi, z_wiadomo_kąd.

Nosz kurwa. Dawno tak się nie ubawiłam. Niewiniątko, potrzebujące wsparcia i obrony. Bo ja jestem, proszę pana, taka mala…/z tak zwanym wschodnim Ł/.

A ja, parafrazując artystkę, odpowiadam: ona mala? jaka mala? onaż krowa*.

* “krowa” w sensie “rajfura” /dziękuję komuś za synonim :P/…

Zagalopowałam się? I kij. To mój blog. Wolnoć /ekhm/ Tomku w swoim domku.

Na koniec napiszę tak: Zmień hasło Slime, bo treserki raczej nie uda Ci się zmienić. Wyplątać się z tego układu będzie Ci trudniej, niż bohaterowi “Fatalnego zauroczenia”. Mimo wszystko trzymam kciuki.

Pozdrowienia dla Pokera, który się żadnym treserkom nie daje.  A szkoda czasem :P

Napisane przez: charmee00 | kwiecień 29, 2009

http://stopcenzurze.wikidot.com/

 

No to tak. Miało nie być nowej notki, dopóki nie wróci Jędza. I nie będzie, bo to poniżej, to nie jest notka. To apel, wstawiony na prośbę kogoś bardzo mi znajomego. Kogoś, kto zaangażował się w akcję opisaną poniżej. Szczerze mówiąc, nie bardzo kumam, o co w niej chodzi, ale może potem doczytam ;P

No to wstawiam:

 

Drogi użytkowniku, droga użytkowniczko Internetu!

Już 5 maja odbędzie się jakże ważne dla nas głosowanie w Parlamencie Europejskim, a dotyczące tak zwanego Pakietu Telekomunikacyjnego. Brukselscy oficjele postanowili ograniczyć nam dostęp do Internetu i podzielić go na tak zwane “pakiety”. Co to oznacza w praktyce? Daje to prawo dostawcom usług internetowych na ograniczony dostęp do zasobów światowej sieci. Przykładowo w najtańszym pakiecie dostaniesz dostęp do jednych, a do innych witryn już nie – zależy to od zasobności portfela właściciela portalu. Może się zdarzyć, że dostęp do niszowych, ale jakże ważnych dla Ciebie witryn będzie zablokowany. Winne są korporacje, które lobbują na rzecz tych zmian pod pretekstem obrony przed piractwem. Jest prawie pewne, że dostęp do sieci p2p zostanie zablokowany, bo żadnemu usługodawcy nie będzie się to opłacać.

Co możemy zatem zrobić? Musimy zareagować, zaprotestować przeciw takim praktykom. Służy do tego ta właśnie witryna, którą oddaliśmy do Państwa dyspozycji. Najgorsza jest niewiedza i na to liczą urzędnicy brukselscy. Bo czy wcześniej słyszeli Państwo o Pakiecie Telekomunikacyjnym, bądź prawie do odcinania użytkownikom Internetu?

Poniżej, po lewej stronie znajduje się list otwarty. Z kolei po prawej, lista wszystkich polskich europarlamentarzystów, z podziałem na frakcje. Naszym celem jest zebranie jak największej liczby podpisów i wysłania ich wraz z listem otwartym do wspomnianych osób. Jeżeli zatem zgadzasz się z nami i postanowiłeś zaprotestować, wypełnij proszę poniższy formularz. Bardzo prosimy o podanie prawdziwych i pełnych danych osobowych (imię i nazwisko) oraz adresu e-mail. Na adres ten zostanie wysłana prośba o potwierdzenie oddania głosu – dokonaj i tego kroku. Adres e-mail jest wykorzystywany tylko do potwierdzenia oddania głosu. Ewentualnie zostanie wysłana na niego informacja o zakończeniu akcji. Jest to pewnego rodzaju zabezpieczenie przez oddawaniem kilka razy tego samego głosu.

Co jeszcze można zrobić? Przekaż adres tej strony swoim znajomym, poinformuj ich o akcji. Sprawa jest naprawdę poważna i dotyczy nas wszystkich!

Podobne informacje znajdziesz na witrynie blackouteurope.pl.
Informacje o Pakiecie Telekomunikacyjnym (po angielsku) znajdziesz na witrynie http://www.laquadrature.net/wiki/Telecoms_Package

Aha. Jeszcze link do strony, na której można podpisywać petycję:

http://stopcenzurze.wikidot.com/

 

Się napracowałam z rana… I jeszcze dobry uczynek spełniłam. Liczę na nagrodę /faja/…

Tkwiąca w permanentnej tęsknocie za Jędzunią

 

Charmee

Napisane przez: charmee00 | kwiecień 14, 2009

Nieczynne do odwołania…

Chciałam napisać, że dopóki Jędza nie wróci, nie pojawi się tutaj żadna nowa notka. Bo tak. I nie zamierzam tłumaczyć, dlaczego. Poza tym nie chce mi się tłumaczyć. Nie, bo nie, po prostu.  Bloga w kosmos nie wysadzę, bo po co…?  Zresztą – to spółka z o.o., więc tym bardziej…

W komentarzach można sobie pisać, co się chce. A można też nie pisać nic. Jest mi to dokładnie obojętne.

 

PS. Wiszą mi również ewentualne domniemania o powody, tudzież próby analizowania.

To pozdrawiam.

Charmee…

Napisane przez: charmee00 | kwiecień 3, 2009

Poszukiwany – poszukiwana…

Moja kochana Jędzunia znalazła w sieci tekst o znamiennym tytule “Mój kochanek ma na imię Zoe”. Dodatkowe parametry:

Autor: nikaen (zredagowany przez: zuzka)

Pozwolę sobie zacytować ten tekst w całości, bo fajny. Nawet. Na swój sposób.

 

“Kiedy przychodzi esemes, telefon dyskretnie powiadamia mnie o tym fragmentem „Schodów do nieba” i informacją: 1 nowa wiadomość: ZOE.

Blaga, blaga, blaga. Nie ma żadnej Zoe, a przynajmniej ja żadnej nie znam.

Zoe, ta, z którą od dwóch lat spotykam się raz na dwa tygodnie i od której dostaję dziesiątki wiadomości i fotek – ona nie istnieje.

To jest moja przyjaciółka doskonała: samotna, gruba lesbijka, siedząca na zasiłku dla bezrobotnych. Mieszka w miasteczku położonym wystarczająco daleko od mojego. Chodzi o to, żebym – jadąc do niej na babskie pogaduchy – miała te cztery, pięć godzin luzu. 

Wymyśliłam ją i stworzyłam od podstaw. Nadałam jej imię i nazwisko. Określiłam jej wygląd, charakter, ulubione powiedzonka i rzeczy, które ją interesują. Nawet orientację seksualną, żeby ubarwić tę postać.

Im więcej szczegółów, im dokładniejszy opis, tym bardziej wiarygodna i rzeczywista osoba.

Bo – co tu dużo mówić – Zoe jest mi potrzebna.

Jest moim alibi i wytłumaczeniem.

Moja droga, nieoceniona Zoe, co ja bym bez ciebie zrobiła. 

Moja Zoe ma na imię Robert.

Jest prawie dwumetrowym przystojniakiem z fantastycznym ekwipunkiem, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Ma żonę, która jest ode mnie młodsza. Ale – pozwolę sobie na szczerość – jest workiem sflaczałego sadła.

Ma dwoje dzieci, jedno już dorosłe, drugie właśnie kończy osiemnastkę.

Ma mnie, swoją kochankę doskonałą.

Pisze do mnie kilka razy dziennie:

Jesteś miłością mojego życia.

albo

Kocham cię i pragnę do szaleństwa.

Przysyła też bardzo niegrzeczne fotki, zgadnijcie, co na nich jest!

Pisze dużo słodkich tekstów, w ciągu tych dwóch lat udało mi się zrobić z niego poetę.

To łatwe. Trzeba dać facetowi to, czego nie miał - nie ma  – i nie będzie miał w domu. 

Namiętność. Tej nie muszę udawać. Facet ma wspaniałe ciało, silne, muskularne, ale nie do przesady. Jest mężczyzną dojrzałym i pięknym. Między nami jest taka chemia, że powietrze iskrzy. 

Podziw. Tu trzeba troszkę podegrać. Wyolbrzymić.

Dodać mu takie cechy, których on nie ma, ale chciałabym, żeby miał.

Mówię: jesteś najlepszym kochankiem, jakiego miałam w życiu i on mi wierzy. Stara się jeszcze bardziej.

Mówię mu: jesteś czułym i cudownym mężczyzną i on pragnie takim właśnie być. Dla mnie. A przy okazji  z rozpędu dla swojej grubej żony.

Kiedy opowiadam mu o nim samym w języku, którego do tej pory nie znał, w języku namiętności i fascynacji, wtedy on staje się fascynujący. Staje się tym, kim nie miał nigdy okazji być: bo praca, bo dzieci, bo pieniądze, bo żona ma okres itede. Nadaję mu moim podziwem i uznaniem całkiem nowy kształt a jemu się to podoba. Kochanek nad kochankami. 

Ja ubieram się dla niego w koronkowy gorset i czerwony pas do pończoch. Zapalam pachnące świece w hotelowym pokoju, tańczę dla niego. On opowiada mi o swoich fantazjach a ja je zaspokajam. On pyta mnie, czego pragnę i daje mi to.

On kocha swoja żonę, powiedział mi o tym. To dobrze, bo nie chciałabym, żeby wiązał ze mną jakieś nadzieje. Ja kocham mojego męża i to też jest oczywiste. Kochamy naszych współmałżonków i troszczymy się o nich, dlatego nasz romans na zawsze pozostanie tajemnicą.

Mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem, ale nie budzi we mnie namiętności. Raczej czułość i dobre myśli. Ale seks z nim smakuje już bardzo mdło. Nic nie pomagały te wszystkie rytuały z bielizną i robieniem atmosfery. Pic na wodę fotomontaż. 

Teraz jest o niebo lepiej, kiedy kochając się z nim przypominam sobie Roberta. Mojemu mężowi to nie szkodzi, ponieważ do głowy mu nie przychodzi węszyć zdradę. On wierzy w Zoe. W zamian za to ma namiętną i oddaną żonę. Na co dzień jestem tylko dla niego.

Raz na dwa tygodnie – jak mówię – ładuję akumulatory. 

Żałuję, że mój mąż sam nie wpadł na ten pomysł bo widzę, że romans fantastycznie wzmacnia małżeństwo. Byłoby prościej, gdybym nie musiała się tak ukrywać, ale już nie tak emocjonująco.

Dodam przy okazji, że nikt nikomu niczego nie odbiera. Robert i ja dajemy sobie tylko to, czego inni i tak już nie chcą. 

Robert za to daje swojej żonie więcej czułości od kiedy dostaje ode mnie dawkę energii i zachwytu. Po prostu ma więcej do zaoferowania. Jest szczęśliwym kochankiem, szczęśliwym mężem, szczęśliwym ojcem. Kiedy kocha się ze swoją żoną, myśli o mnie, ale to ona dostaje rozkosz i pieszczoty. Ona korzysta z tego, co ja daję jej mężowi i dla mnie to jest w porządku. Nie jestem zazdrosna ani zaborcza, nie kradnę uczuć, tylko wypożyczam urządzenia. Sądzę, że właściciel tych urządzeń czuje się trochę winny, stąd stara się być dobrym i oddanym mężem.

Kiedyś zostawił mnie z dnia na dzień. Przestał się odzywać. Po dziesięciu dniach dostałam esemesa: moje serce jest zimne a dusza martwa, wróć do mnie, przepraszam.

Cóż, okazało się, że miał atak poczucia winy. Powiedział ni mniej ni więcej:

- Nie mogłem sobie poradzić z tym, że całuję żonę na dobranoc a godzinę wcześniej doszedłem w twoich ustach.

Faceci! Kto by pomyślał, że tacy wrażliwi. Przyznaję, że mnie rozczulił. Przy okazji zorientował się, że kiedy odejdzie, ja nie umrę z żalu, co dało mu swoiste poczucie bezpieczeństwa.

Ja zaś pewnie powinnam skręcać się ze wstydu, a nawet się nie czerwienię. Mało, że nie mam za grosz poczucia winy, to nawet mi nie przychodzi do głowy, że powinnam mieć. Z jakiej to niby racji? Bo ktoś inny na moim miejscu by miał?

Romans to nie jest patent dla wszystkich kobiet świata. Ale to jest patent dla mnie i w moim przypadku jest lepszy niż tona prozaku. 

Szczerze mówiąc, gdybym urodziła się w innej kulturze, innym czasie, innym świecie, to z całego serca chciałabym mieć wielu mężów. Tak jak do dziś są miejsca, gdzie facet może mieć kilka żon, jeśli go na to stać.

Ja miałabym męża na każdą pogodę: jeden dobry w łóżku, drugi inteligentny, trzeci sprytny we wbijaniu gwoździ i naprawach domowych i inne różności.

No, ale tak się składa, że żyję tu, gdzie żyję. Dlatego musiałam stworzyć moją przyjaciółkę Zoe.”

 

Tekst wkleiła

Najleniwsza z leniwych

Charmee

PS. Dziękuję, Slime. Od dziś mogą Cię nazywać “Biuro Rzeczy Znalezionych”… :P

Napisane przez: Jędz@ | marzec 28, 2009

Kobieta i jej kapelusz.

Tekst od długiego czasu krąży w necie i zapewne wszyscy go znają. Mimo to zacytuję, bo nieodmiennie mnie stawia do pionu, czego i wam Maluczkim życzę!

Kobieta

Kiedy ma 5 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi księżniczkę.

Kiedy ma 10 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi Kopciuszka.

Kiedy ma 15 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi obrzydliwą siostrę przyrodnią Kopciuszka:
“Mamo, przecież tak nie mogę pójść do szkoły!”

Kiedy ma 20 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi: “za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste”, ale mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 30 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi: “za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste”, ale uważa, że teraz nie ma czasu, żeby się o to troszczyć i mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 40 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi: “za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste”, ale mówi, że przynajmniej jest czysta i mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 50 lat:

Ogląda sie w lustrze i mówi: “Jestem sobą” i idzie wszędzie.

Kiedy ma 60 lat:
Patrzy na siebie i wspomina wszystkich ludzi, którzy już nie mogą na siebie spoglądać w lustrze. Wychodzi z domu i zdobywa świat.

Kiedy ma 70 lat:

Patrzy na siebie i widzi mądrość, radość i umiejętności. Wychodzi z domu i cieszy się życiem.

Kiedy ma 80 lat:

Nie troszczy się o patrzenie w lustro. Po prostu zakłada liliowy kapelusz i wychodzi z domu, żeby czerpać radość i przyjemność ze świata.

Może wszystkie powinnyśmy dużo wcześniej założyć taki liliowy kapelusz…


Jędz@
w liliowej beretce.

Starsze wpisy »

Kategorie