Bo to jest tak… Wracasz skąś i widzisz, że wszystko jest inaczej, nie do końca tak, jakbyś chciał, żeby było. Próbujesz się ułożyć z sytuacją – nie daje się… W końcu – pozornie – udaje się dojść do ładu, a tu nagle bach, obuchem w łeb, dzieje się coś, czego nigdy byś się nie spodziewał… Robisz dobrą minę do złej gry i próbujesz udawać, że wszystko jest ok… I tak wpadasz sobie powoli w ten dołek, który nagle staje się dołem, siedzisz sobie w nim, nawet przyzwyczajasz się do stanu wycofania, wygaszenia… I zjawia się ktoś, kto bez ściemy wyczuje nastrój, nawet, jeśli mu napiszesz, że wszystko w porządku…
Tą drogą chciałam podziękować nieocenionemu Sidowi za cierpliwość w wysłuchiwaniu moich rozterek. I za wyciągnięcie z tego dołka. I za /chyba/ zakopanie go… I nawet wybaczam mu, że jest opalony bardziej niż ja i że nie jest Włochem…
Dziękuję, Sid, za dziś.
Charmee