Napisane przez: charmee00 | maj 4, 2009

Bajki robotów, czyli rzecz o pew/ł/nej kulturze…

No i nie doczekam się na Jędzę. Trudno. Będzie notka, zanim ją – Jędzę – zregenerują… Szkielet tego, co poniżej siedział sobie w bebechach bloga już od dłuższego czasu i czekał na swoją kolej. Kolej właśnie nadeszła.

Obserwuję bowiem od dłuższego czasu to, co wyczynia niejaki Slime, sterowany ręcznie przez niejaką Licencję vel Szarmi i nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Z faceta z jajami, niezależnego, stał się zaprogramowanym robotem. Nie wiem, czy robot może być niezaprogramowany, ale tylko to jedno słowo mi tu pasowało. Robot włącza się się na hasło “Poker”. Ja rozumiem, że Slimek za wszelką cenę chce się przypodobać Licencji, że osoba ta wymaga pełnego poddaństwa i mówienia dokładnie jej głosem, bez cienia sprzeciwu. Zdaję sobie także sprawę – myślę, że on również, dlatego brnie w ten układ, jak ćma do ognia – , że w razie takiego sprzeciwu znajdzie na Slimka parę bolesnych haczyków, wywalonych oczywiście publicznie… Innego wytłumaczenia na to, dlaczego niegłupi, fajny i myślący facet nakręcił się jak katarynka w jednym kierunku – nie widzę…

Bardzo lubiłam dwa wcześniejsze blogi Slime’a. Pisałam zresztą o jednym z nich parokrotnie i nadal podtrzymuję swoje zdanie, że oba były interesujące, twórcze i z klasą. Pełna Kultura, blog o blogach, /lubię tę konwencję zresztą/ to nic innego jak zaplecze polityczne Licencji, urażonej wielce odrzuceniem przez środowisko – jak to ona nazywa – okołopokerowo – procesowe.

Na swoim ślicznym, LIterackim blogasku, wśród komentatorów na poziomie, nie bardzo może sobie na to pozwolić, więc swoje schizy toczy kulturalnie, wylewając pomyje cudzymi rączkami. Sprytne, ale żałosne.

Oczywiście – najpierw należało pozbyć się Flanelki. W białych rękawiczkach. Nie no, sorry, przecież Flanelka sama odeszła /krzywy uśmiech numer pięć/…

Czytałam dziś na blogu Defendo komentarz Slime’a, w którym zarzucał on Defendo to, iż nie broniła Li przed atakami strasznych ludzi, z_wiadomo_kąd.

Nosz kurwa. Dawno tak się nie ubawiłam. Niewiniątko, potrzebujące wsparcia i obrony. Bo ja jestem, proszę pana, taka mala…/z tak zwanym wschodnim Ł/.

A ja, parafrazując artystkę, odpowiadam: ona mala? jaka mala? onaż krowa*.

* “krowa” w sensie “rajfura” /dziękuję komuś za synonim :P/…

Zagalopowałam się? I kij. To mój blog. Wolnoć /ekhm/ Tomku w swoim domku.

Na koniec napiszę tak: Zmień hasło Slime, bo treserki raczej nie uda Ci się zmienić. Wyplątać się z tego układu będzie Ci trudniej, niż bohaterowi “Fatalnego zauroczenia”. Mimo wszystko trzymam kciuki.

Pozdrowienia dla Pokera, który się żadnym treserkom nie daje.  A szkoda czasem :P

Napisane przez: charmee00 | kwiecień 29, 2009

http://stopcenzurze.wikidot.com/

 

No to tak. Miało nie być nowej notki, dopóki nie wróci Jędza. I nie będzie, bo to poniżej, to nie jest notka. To apel, wstawiony na prośbę kogoś bardzo mi znajomego. Kogoś, kto zaangażował się w akcję opisaną poniżej. Szczerze mówiąc, nie bardzo kumam, o co w niej chodzi, ale może potem doczytam ;P

No to wstawiam:

 

Drogi użytkowniku, droga użytkowniczko Internetu!

Już 5 maja odbędzie się jakże ważne dla nas głosowanie w Parlamencie Europejskim, a dotyczące tak zwanego Pakietu Telekomunikacyjnego. Brukselscy oficjele postanowili ograniczyć nam dostęp do Internetu i podzielić go na tak zwane “pakiety”. Co to oznacza w praktyce? Daje to prawo dostawcom usług internetowych na ograniczony dostęp do zasobów światowej sieci. Przykładowo w najtańszym pakiecie dostaniesz dostęp do jednych, a do innych witryn już nie – zależy to od zasobności portfela właściciela portalu. Może się zdarzyć, że dostęp do niszowych, ale jakże ważnych dla Ciebie witryn będzie zablokowany. Winne są korporacje, które lobbują na rzecz tych zmian pod pretekstem obrony przed piractwem. Jest prawie pewne, że dostęp do sieci p2p zostanie zablokowany, bo żadnemu usługodawcy nie będzie się to opłacać.

Co możemy zatem zrobić? Musimy zareagować, zaprotestować przeciw takim praktykom. Służy do tego ta właśnie witryna, którą oddaliśmy do Państwa dyspozycji. Najgorsza jest niewiedza i na to liczą urzędnicy brukselscy. Bo czy wcześniej słyszeli Państwo o Pakiecie Telekomunikacyjnym, bądź prawie do odcinania użytkownikom Internetu?

Poniżej, po lewej stronie znajduje się list otwarty. Z kolei po prawej, lista wszystkich polskich europarlamentarzystów, z podziałem na frakcje. Naszym celem jest zebranie jak największej liczby podpisów i wysłania ich wraz z listem otwartym do wspomnianych osób. Jeżeli zatem zgadzasz się z nami i postanowiłeś zaprotestować, wypełnij proszę poniższy formularz. Bardzo prosimy o podanie prawdziwych i pełnych danych osobowych (imię i nazwisko) oraz adresu e-mail. Na adres ten zostanie wysłana prośba o potwierdzenie oddania głosu – dokonaj i tego kroku. Adres e-mail jest wykorzystywany tylko do potwierdzenia oddania głosu. Ewentualnie zostanie wysłana na niego informacja o zakończeniu akcji. Jest to pewnego rodzaju zabezpieczenie przez oddawaniem kilka razy tego samego głosu.

Co jeszcze można zrobić? Przekaż adres tej strony swoim znajomym, poinformuj ich o akcji. Sprawa jest naprawdę poważna i dotyczy nas wszystkich!

Podobne informacje znajdziesz na witrynie blackouteurope.pl.
Informacje o Pakiecie Telekomunikacyjnym (po angielsku) znajdziesz na witrynie http://www.laquadrature.net/wiki/Telecoms_Package

Aha. Jeszcze link do strony, na której można podpisywać petycję:

http://stopcenzurze.wikidot.com/

 

Się napracowałam z rana… I jeszcze dobry uczynek spełniłam. Liczę na nagrodę /faja/…

Tkwiąca w permanentnej tęsknocie za Jędzunią

 

Charmee

Napisane przez: charmee00 | kwiecień 14, 2009

Nieczynne do odwołania…

Chciałam napisać, że dopóki Jędza nie wróci, nie pojawi się tutaj żadna nowa notka. Bo tak. I nie zamierzam tłumaczyć, dlaczego. Poza tym nie chce mi się tłumaczyć. Nie, bo nie, po prostu.  Bloga w kosmos nie wysadzę, bo po co…?  Zresztą – to spółka z o.o., więc tym bardziej…

W komentarzach można sobie pisać, co się chce. A można też nie pisać nic. Jest mi to dokładnie obojętne.

 

PS. Wiszą mi również ewentualne domniemania o powody, tudzież próby analizowania.

To pozdrawiam.

Charmee…

Napisane przez: charmee00 | kwiecień 3, 2009

Poszukiwany – poszukiwana…

Moja kochana Jędzunia znalazła w sieci tekst o znamiennym tytule “Mój kochanek ma na imię Zoe”. Dodatkowe parametry:

Autor: nikaen (zredagowany przez: zuzka)

Pozwolę sobie zacytować ten tekst w całości, bo fajny. Nawet. Na swój sposób.

 

“Kiedy przychodzi esemes, telefon dyskretnie powiadamia mnie o tym fragmentem „Schodów do nieba” i informacją: 1 nowa wiadomość: ZOE.

Blaga, blaga, blaga. Nie ma żadnej Zoe, a przynajmniej ja żadnej nie znam.

Zoe, ta, z którą od dwóch lat spotykam się raz na dwa tygodnie i od której dostaję dziesiątki wiadomości i fotek – ona nie istnieje.

To jest moja przyjaciółka doskonała: samotna, gruba lesbijka, siedząca na zasiłku dla bezrobotnych. Mieszka w miasteczku położonym wystarczająco daleko od mojego. Chodzi o to, żebym – jadąc do niej na babskie pogaduchy – miała te cztery, pięć godzin luzu. 

Wymyśliłam ją i stworzyłam od podstaw. Nadałam jej imię i nazwisko. Określiłam jej wygląd, charakter, ulubione powiedzonka i rzeczy, które ją interesują. Nawet orientację seksualną, żeby ubarwić tę postać.

Im więcej szczegółów, im dokładniejszy opis, tym bardziej wiarygodna i rzeczywista osoba.

Bo – co tu dużo mówić – Zoe jest mi potrzebna.

Jest moim alibi i wytłumaczeniem.

Moja droga, nieoceniona Zoe, co ja bym bez ciebie zrobiła. 

Moja Zoe ma na imię Robert.

Jest prawie dwumetrowym przystojniakiem z fantastycznym ekwipunkiem, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Ma żonę, która jest ode mnie młodsza. Ale – pozwolę sobie na szczerość – jest workiem sflaczałego sadła.

Ma dwoje dzieci, jedno już dorosłe, drugie właśnie kończy osiemnastkę.

Ma mnie, swoją kochankę doskonałą.

Pisze do mnie kilka razy dziennie:

Jesteś miłością mojego życia.

albo

Kocham cię i pragnę do szaleństwa.

Przysyła też bardzo niegrzeczne fotki, zgadnijcie, co na nich jest!

Pisze dużo słodkich tekstów, w ciągu tych dwóch lat udało mi się zrobić z niego poetę.

To łatwe. Trzeba dać facetowi to, czego nie miał - nie ma  – i nie będzie miał w domu. 

Namiętność. Tej nie muszę udawać. Facet ma wspaniałe ciało, silne, muskularne, ale nie do przesady. Jest mężczyzną dojrzałym i pięknym. Między nami jest taka chemia, że powietrze iskrzy. 

Podziw. Tu trzeba troszkę podegrać. Wyolbrzymić.

Dodać mu takie cechy, których on nie ma, ale chciałabym, żeby miał.

Mówię: jesteś najlepszym kochankiem, jakiego miałam w życiu i on mi wierzy. Stara się jeszcze bardziej.

Mówię mu: jesteś czułym i cudownym mężczyzną i on pragnie takim właśnie być. Dla mnie. A przy okazji  z rozpędu dla swojej grubej żony.

Kiedy opowiadam mu o nim samym w języku, którego do tej pory nie znał, w języku namiętności i fascynacji, wtedy on staje się fascynujący. Staje się tym, kim nie miał nigdy okazji być: bo praca, bo dzieci, bo pieniądze, bo żona ma okres itede. Nadaję mu moim podziwem i uznaniem całkiem nowy kształt a jemu się to podoba. Kochanek nad kochankami. 

Ja ubieram się dla niego w koronkowy gorset i czerwony pas do pończoch. Zapalam pachnące świece w hotelowym pokoju, tańczę dla niego. On opowiada mi o swoich fantazjach a ja je zaspokajam. On pyta mnie, czego pragnę i daje mi to.

On kocha swoja żonę, powiedział mi o tym. To dobrze, bo nie chciałabym, żeby wiązał ze mną jakieś nadzieje. Ja kocham mojego męża i to też jest oczywiste. Kochamy naszych współmałżonków i troszczymy się o nich, dlatego nasz romans na zawsze pozostanie tajemnicą.

Mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem, ale nie budzi we mnie namiętności. Raczej czułość i dobre myśli. Ale seks z nim smakuje już bardzo mdło. Nic nie pomagały te wszystkie rytuały z bielizną i robieniem atmosfery. Pic na wodę fotomontaż. 

Teraz jest o niebo lepiej, kiedy kochając się z nim przypominam sobie Roberta. Mojemu mężowi to nie szkodzi, ponieważ do głowy mu nie przychodzi węszyć zdradę. On wierzy w Zoe. W zamian za to ma namiętną i oddaną żonę. Na co dzień jestem tylko dla niego.

Raz na dwa tygodnie – jak mówię – ładuję akumulatory. 

Żałuję, że mój mąż sam nie wpadł na ten pomysł bo widzę, że romans fantastycznie wzmacnia małżeństwo. Byłoby prościej, gdybym nie musiała się tak ukrywać, ale już nie tak emocjonująco.

Dodam przy okazji, że nikt nikomu niczego nie odbiera. Robert i ja dajemy sobie tylko to, czego inni i tak już nie chcą. 

Robert za to daje swojej żonie więcej czułości od kiedy dostaje ode mnie dawkę energii i zachwytu. Po prostu ma więcej do zaoferowania. Jest szczęśliwym kochankiem, szczęśliwym mężem, szczęśliwym ojcem. Kiedy kocha się ze swoją żoną, myśli o mnie, ale to ona dostaje rozkosz i pieszczoty. Ona korzysta z tego, co ja daję jej mężowi i dla mnie to jest w porządku. Nie jestem zazdrosna ani zaborcza, nie kradnę uczuć, tylko wypożyczam urządzenia. Sądzę, że właściciel tych urządzeń czuje się trochę winny, stąd stara się być dobrym i oddanym mężem.

Kiedyś zostawił mnie z dnia na dzień. Przestał się odzywać. Po dziesięciu dniach dostałam esemesa: moje serce jest zimne a dusza martwa, wróć do mnie, przepraszam.

Cóż, okazało się, że miał atak poczucia winy. Powiedział ni mniej ni więcej:

- Nie mogłem sobie poradzić z tym, że całuję żonę na dobranoc a godzinę wcześniej doszedłem w twoich ustach.

Faceci! Kto by pomyślał, że tacy wrażliwi. Przyznaję, że mnie rozczulił. Przy okazji zorientował się, że kiedy odejdzie, ja nie umrę z żalu, co dało mu swoiste poczucie bezpieczeństwa.

Ja zaś pewnie powinnam skręcać się ze wstydu, a nawet się nie czerwienię. Mało, że nie mam za grosz poczucia winy, to nawet mi nie przychodzi do głowy, że powinnam mieć. Z jakiej to niby racji? Bo ktoś inny na moim miejscu by miał?

Romans to nie jest patent dla wszystkich kobiet świata. Ale to jest patent dla mnie i w moim przypadku jest lepszy niż tona prozaku. 

Szczerze mówiąc, gdybym urodziła się w innej kulturze, innym czasie, innym świecie, to z całego serca chciałabym mieć wielu mężów. Tak jak do dziś są miejsca, gdzie facet może mieć kilka żon, jeśli go na to stać.

Ja miałabym męża na każdą pogodę: jeden dobry w łóżku, drugi inteligentny, trzeci sprytny we wbijaniu gwoździ i naprawach domowych i inne różności.

No, ale tak się składa, że żyję tu, gdzie żyję. Dlatego musiałam stworzyć moją przyjaciółkę Zoe.”

 

Tekst wkleiła

Najleniwsza z leniwych

Charmee

PS. Dziękuję, Slime. Od dziś mogą Cię nazywać “Biuro Rzeczy Znalezionych”… :P

Napisane przez: Jędz@ | marzec 28, 2009

Kobieta i jej kapelusz.

Tekst od długiego czasu krąży w necie i zapewne wszyscy go znają. Mimo to zacytuję, bo nieodmiennie mnie stawia do pionu, czego i wam Maluczkim życzę!

Kobieta

Kiedy ma 5 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi księżniczkę.

Kiedy ma 10 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi Kopciuszka.

Kiedy ma 15 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi obrzydliwą siostrę przyrodnią Kopciuszka:
“Mamo, przecież tak nie mogę pójść do szkoły!”

Kiedy ma 20 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi: “za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste”, ale mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 30 lat:

Ogląda się w lustrze i widzi: “za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste”, ale uważa, że teraz nie ma czasu, żeby się o to troszczyć i mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 40 lat:
Ogląda się w lustrze i widzi: “za gruba, za chuda, za niska, za wysoka, włosy za bardzo kręcone albo za proste”, ale mówi, że przynajmniej jest czysta i mimo wszystko wychodzi z domu.

Kiedy ma 50 lat:

Ogląda sie w lustrze i mówi: “Jestem sobą” i idzie wszędzie.

Kiedy ma 60 lat:
Patrzy na siebie i wspomina wszystkich ludzi, którzy już nie mogą na siebie spoglądać w lustrze. Wychodzi z domu i zdobywa świat.

Kiedy ma 70 lat:

Patrzy na siebie i widzi mądrość, radość i umiejętności. Wychodzi z domu i cieszy się życiem.

Kiedy ma 80 lat:

Nie troszczy się o patrzenie w lustro. Po prostu zakłada liliowy kapelusz i wychodzi z domu, żeby czerpać radość i przyjemność ze świata.

Może wszystkie powinnyśmy dużo wcześniej założyć taki liliowy kapelusz…


Jędz@
w liliowej beretce.

Napisane przez: Jędz@ | marzec 25, 2009

Czas nas uczy

Oglądałam właśnie swoje zdjęcia z liceum. Jakiś czas temu robione, no wiadomo, jeszcze w liceum… Jakieś 15 kilo temu… Oborze, jaka ze mnie wtedy dupa była!!! I pomyśleć, że sobie myślałam, że jestem gruba i brzydka! Gdyby nie ta urocza fryzura (“simona”, kto pamięta? Palec pod budkę!), to normalnie sama siebie bym wyrwała!
No cóż, było, minęło, nawet bardzo minęło, a obecnie ekhm, przynajmniej jestem czysta.
Ale nie o tym chciałam.
Narty się wściekły, a wola czynu pcha, więc wybrałam się z dziećmi, w tym jednym pożyczonym na basen. Basen jak basen, wody dużo, się pływa, potem się leży w bąbelkach i się czeka, aż się schudnie. Czeka się, czeka, aż się zaczyna nudzić. Dobrze, że jest się z dziećmi, one zawsze dostarczą rozrywki, wystarczy im wytłumaczyć, że same boją się zjeżdżać tymi rurami z wodą i muszą z mamunią (vel cioteczką, opcjonalnie). No to jak już się wytłumaczy, to się idzie po dużych schodkach, czeka na sygnał i się siada i się zjeżdża, na koniec wpadając do baseniku po kolanka, który ZAWSZE musi zalać kunsztowną fryzurę i makijaż. Ale to ta pierwsza rura, ta dla małych dzieci. Ta druga jest lepsza. Zjeżdżając czasami się jest w czarnym tunelu, a czasami na zakrętach się zwisa głową w dół. To już weselsza rozrywka, zwłaszcza jak człowiek się w środku zaklinuje i własne dziecko go przepchnąć musi.
Ale najlepsza jest ta trzecia. Dla debeściarzy. Usiada się na samej górze, jeszcze się wtedy nie wie, co będzie dalej, się odbija…. I KURFA – JEEEEEEB!!!
Się jest na dole! Powieki wywrócone na drugą stronę, włosy dęba na baczność, a dół od stroju robi za stringi.
Ożesz!!!!!
Duża rzecz! No to jeszcze raz!
Ciekawe dlaczego własne dziecię potem w szatni udaje, że nie zna tej pani.
Ale tylko chwilę, bo potem już zna, jak trzeba iść na frytki, żeby się za bardzo nie schudło.

Byle do wiosny!
Jędz@

Napisane przez: Jędz@ | marzec 21, 2009

Jesteś idolem, wielbi cię świat.

Albo jesteś Pierdołą, ale ci się wydaje, że jesteś idolem i masz misję do spełnienia – nauczać.
Nauczasz zatem Pierdoło, każdego hojnie obdzielasz swoimi jedynie słusznymi poglądami, wystawiasz oceny i naklejasz nalepki, obficie się śliniąc i popadając w coraz większy samozachwyt. Karzesz i nagradzasz, jedną ręką rozdajesz kęsy sympatii, by potem drugą chlapnąć kwasem po oczach i poprawić celnym kopniakiem. I tylko czasami, na pograniczu tego czegoś, co można by było, mocno naginając, nazwać myślą – pojawia się szmerek – co ja z tego mam?
Przeganiasz szmer niepotrzebny, otrząsasz się z tego co sam wytworzyłeś i choć smród pozostaje, nauczasz dalej. Taka twoja MISJA Pierdoło. Wszak jesteś idolem.
Jak ja cię dobrze znam.

Z pozdrowieniami

Jędz@

Ps. No skąd się biorą tacy ludzie?

Napisane przez: Jędz@ | marzec 17, 2009

Stracona niewinność.

Śnieg się jednak nie utrzymał. Głupia wiosna zlała wszystko deszczem, nie będzie zatem relacji pt.- “jak nie należy jeździć na nartach”. No to opowiem historyjkę, która mi się przypomniała pod wpływem lektury Wieszcza.

Był leniwy grudniowy wieczór. Siedziałyśmy sobie niemrawo z siostrą nad herbatą, rozmawiając o czymśtam. Spokojne i zrelaksowane, lekko znudzone. Dzieci nasze (moja 3 – letnia i jej 5 – letni) grzecznie czytały książeczki w drugim pokoju. Nagle z letargu wyrwał nas wrzask histeryczny, aż zatrzęsło kryształami w segmencie. Biegiem rzuciłyśmy się ratować to, co jeszcze zostało ( w sensie z dzieci, a nie z kryształów)!
Purpurowa na twarzy i zanosząca się płaczem wrzeszczała moja Mała:
- ale ja nieeeee chceeeee!!!!!!!
I pełna histeria.
- Ale ja nieeeee chceeeee!!!!!!!

Okazało się, że kuzynek właśnie tłumaczył jej, popierając swą tezę obrazkami z encyklopedii, że ona MUSI rodzić dzieci, bo jest kobietą!
- Ale ja nieeeee chceeee!!!!!
- Ale muuuuszisz!!!! Bo jesteś KOBIETĄ!!!!
- Ale JA NIE CHCEEEEEE!!!!!

Oczywiście wcześniej jej wytłumaczył, JAK się te dzieci rodzi.

No i tak właśnie moje dziecię niewinne poznało cienie swej płci niewieściej.

Już nigdy więcej nie zadawała mi “tych” pytań.
Nie ma to jak właściwa wiedza, zapodana we właściwym momencie i w odpowiedni sposób.

Jędz@

Ps. Przestała się jąkać już po miesiącu.

Napisane przez: Jędz@ | marzec 13, 2009

Jak się stosunki rozwijają.

Śnieg sypie. Nananananaaa! Mam nadzieję, że się utrzyma do niedzieli nanananana!
No.
Dawno nic nie pisałam, ale się działo, oj działo! Najpierw fabryka zatrudniająca mnie podjęła kolejne ryzyko (poza rzeczonym zatrudnianiem, rzecz jasna) i zrobiła szkolenie połączone z badaniem przydatności pracownika do wykonywanych obowiązków. No i prawda wyszła na jaw. Jako jednostka z gruntu uczciwa oraz prostolinijna, dałam się poznać z prawdziwej strony. Oczywiście, że się wcale nie nadaję do układania towarów na półce! Oczywiście, że się nie nadaję do pracy w zespole! I do paru innych rzeczy również. Świetnie się za to nadaję do wydawania poleceń i ogólnie do pełnienia FUNKCJI. No to nie wiem, co będzie. Coś mi się widzi, że w tabeli stanowisk nie przewidują stanowiska Wrednej Suczy.

Ponadto niniejszym chciałabym się odnieść do ohydnych plotek i pomówień, jakobym podstępnie i złośliwie wykasowała notkę, z trudem i w pocie czoła napisaną przez Charmee.
Otóż to szczera prawda! Notka była wtórna oraz odtwórcza. Jej usunięcie, choć stało się zarzewiem ostrego konfliktu, nadało nową treść naszym wzajemnym stosunkom. Wszystkim zainteresowanym takim rozwojem stosunków, serdecznie gratuluję.
I tym cudownym akcentem pożegnam się, zaś nie wiedzieć do kiedy.

Wasza

Jędz@

Ps. Ciekawe dlaczego mnie mdli, to napewno nie ma nic wspólnego ze zjedzonym śniadaniem. Przecież śledź i czekoladka z nadzionkiem toffi, to standardowy zestaw śniadaniowy.

Napisane przez: Jędz@ | luty 24, 2009

A właśnie, że będę narciarzem!

Plecy mnie bolą. Uda mnie bolą i łydki też. I bark mnie boli. Jeden, lewy. Dlaczego mnie boli tylko jeden bark? To niesprawiedliwe powiem Wam.
Ale od początku.
Jak wspomniałam wcześniej, postanowiłam dać się ponieść fali, ogólnej modzie, owczemu pędowi i wybrałam się na gór szczyty celem nauki jazdy na nartach. Nie ma lekko, w grę nie wchodzi bowiem swobodne przenoszenie markowego sprzętu w markowym odzieniu, jedynie rzetelna, żmudna praca, zroszona potem, łzami i krwią.
Ubrałam się w gustowny czarny kombinezon z kreszu, trochę tylko nie do pary, do tego modny różowy szaliczek, buraczkową czapkę z pomponem, niebieskie rękawiczki. Żeby nie było dysonansu, narty mi dali seledynowe, a buciki do nich jaskrawo czerwone, na tym tle pięknie się prezentował mój purpurowy z wysiłku pychol. No szał pał i uprzęży! Wynajęto mi instruktora do nauki, pokazano miejsce kaźni i klamka zapadła.
Pierwsze i najważniejsze, czego nauczył mnie Pan instruktor było to, że mam upadać na boki, no i dzięki temu, dupę mam prawie nienaruszoną. Pokazał mi też niezwykle efektowny i efektywny sposób zjeżdżania:
- czubki razem, tył nart rozszerzyć! Rozszerzyć mówię! SZEROKO NOOOOGI!!!!! (no ciekawe, czy wie, jak się trudno nogi rozszerza, pffff!)
- kolana w „iksy” i na wewnętrznych kantach nart (no jasne, rozszerzyć, w iksy i kantować, nie ZA DUŻO NA RAZ? Proszę Pana???),
- wesprzeć się swobodnie na językach, rozluźnić i jedziemy! No niech mi Pani nie wjeżdża między nogi!!! (ojtam!).

Powiem Wam, fajna ta lekcja była!

A potem już sama sobie ćwiczyłam, pod czujnym okiem wyedukowanej tydzień wcześniej siostry i śwagra, który to śwagier służył głównie za podnośnik, gdyż albowiem mój gustowny kombinezonik nieco przyciasny był. No i jak doszło do nieuniknionego, czyli do ćwiczonego z mozołem upadku na bok, leżałam jak żółw i czekałam na podniesienie. Jak się zdarzyło, że w końcu stracili do mnie cierpliwość i pojechali sobie w p… w dół znaczy, to leżałam i czekałam jakieś 5 min. zanim wpadłam na to, że przecież mogę sobie wypiąć narty i wstać.
Ale w końcu na to wpadłam, nie?
Siostra się na mnie zdenerwowała bardzo, bo zamiast robić co mi każą, znaczy na okrzyk – hamuuuuj! jechać pługiem i na kantówkach, to się rozglądam za miejscem, gdzie by tu z jak największym wdziękiem upaść nisko na bok..
Nie miała racji, nie? KAŻDY tak zaczyna, prawda?
Po kilku godzinach takiej jazdy (no dobra, po dwóch, ale ostatni upadek był bolesny i bark mi się obił), zdjęłam narty, a następnie oddałam się szpanowaniu, że niby narty mam wbite obok, tylko sobie odpoczywam, no wiecie… tak nonszalancko.
Ech! Piękne jest życie narciarza, to naprawdę fajny sport!
Tylko uda mnie bolą. I łydki, no i plecy. I bark jeden, lewy.

zdjecie_008803_galeria

PS. A góry piękne som

Wasza wysportowana

Jędz@

« Nowsze Posty - Starsze wpisy »

Kategorie